20/01/2026
C.d. - Shipmanem 28 "Falsterbö" po Adriatyku, od Korčuli 🇭🇷 przez Czarnogórę, do Baru 🇲🇪
Po noclegu regeneracyjnym ⚓ na w umiarkowanym rozkołysie na małej wysepce Lopud (nie schodziliśmy na brzeg), zaczął się najbardziej chyba słoneczny dzień 🌞z całej dotychczasowej podróży. Szybko z dobrym wiatrem dopłynęliśmy do Dubrovnika, nie celem zwiedzania jednak, a odprawy granicznej do Czarnogóry (a w d** # z tą Chorwacją ;), nara!). Trzeba było długo czekać na szanownego Pana Kapitana z Kapitanatu, który na wieść, że nie mamy Prjavy (opłata nawigacyjna dla statków z obcą banderą, generalnie rodzaj haraczu) bardzo się zasępił i orzekł "Now I punish you!". Na szczęście równie szybko okazał ludzką twarz. Znaczy, prjavę i tak musieliśmy kupić (na cały rok, nie ma innej opcji), ale ku mojemu zdziwieniu, kosztowała tylko 36eur. Potem paszporty 🛂, a na celnej nie było policmajstrów, więc Ci z paszportowej machnęli ręką i kazali nam spływać. Następnego dnia przylatywali do nas znajomi do Podgoricy w Czarnogórze 🇲🇪 i mieliśmy się spotkać gdzieś w Zatoce Kotorskiej, więc czym prędzej ruszyliśmy - zaliczając wreszcie wiele przyjemnych godzin w ciszy, na samych żaglach. Wieczorem przybiliśmy do kei celników w Zelenice 🇲🇪. Obudziło nas łomotanie celnika w łódkę i autorytarne groźby, że "captain - masz 5 minut". No więc... napiłem się spokojnie kawy i po 20 minutach... zacząłem ponownie czekać na Szanownego Kapitana (Ty ruchasz system, system rucha Ciebie, to taka gra na zmianę). Kapitana, który jak już przylazł ze sklepu do swojego (bardzo licho umeblowanego btw) miejsca pracy, to był nawet uprzejmy i miły, pewnie mu było przyjemnie, że jego praca o tej porze roku, ma czasami jakiś sens. Zdjąwszy żółtą flagę Q 🟨, poplynęlismy do Tivat, gdzie może i marina nie jest najtańsza, ale oferuje iście dubajskie luksusy - I mean, wszstko. Od kontaktu na radiu, przez luksusowe kible, wifi, prysznic z deszczownicą, a przy kejach flota jachtów jest warta tyle co 3 razy PKB całej Czarnogóry. Także absurdalnie sztuczna, wyglancowana i wystawna część tego współczesnego miasta (niegdyś wioski rybackiej, nie żadne tam weneckie skarby), kontrastuje z PKB Czarnogóry jak świnia z perłami. Późnym wieczorem dołączyli do nas Marek Em i Julia Okręglicka i zrobiło się od razu weselej. Jeszcze. Jeszcze weselej, bo przecież już było ("Rejs", M. Piwowski).
Następnego dnia, w strugach deszczu 🌧️, obeszliśmy jugosłowiańskie okręty podwodne, zrobilismy pranie 🧺 po czym w strugach jeszcze intensywniejszej ulewy ⛈️, popłynęliśmy do Kotoru. Kotor nas urzekł (choć ciągle padało) już pierwszej nocy, skończyliśmy pijąc piwo 🍻 i rakiję "u dziada", w najskromniejszym przybytku w okolicy (buda 10m2 bez wystroju, z kiblem na zewnątrz, ale z właścicielem na miejscu, z którym Marek, znający dobrze serbski, gadał o rzeczach tyleż Ważnych, co banalnych). A nie, wróć! Skończyliśmy później, pijąc kolejne piwa i rakije 🍷 w Klubie Kombatanta ⭐ na starówce, gdzie nie było już ani jednego kombatanta.
Nazajutrz poszliśmy - sort of - w góry, czyli do górującego nad Kotorem fortu, a schodząc z niego, wstąpiliśmy (nie zgadniecie na co? 🍷🍷🍷🍷) do innego dziada, mieszkającego z matką od 30 lat na zboczu góry, jakieś 300m nad Kotorem - taki lokal co to gacie właściciela 🩲 i jego żony suszą się za Twoją głową na sznurku, a on Ci leje rakiję za darmo, co to ją pędzi jego brat, pewnie na wodzie ze strumienia. I cholewka, była to chyba najlepsza rakija z całego wyjazdu.
Nazajutrz odłączyła od nas Kaja P**o ❤️ , lecąca na 4 dni słuzbowo do Mediolanu, a my popłynęliśmy do Herzeg Novi. Aha, wspomniałem, że w Kotorze z powodu braku sezonu, nic nie zapłaciliśmy? 🏴☠️ - uroki żeglowania o dziwnej porze roku...
Następny przystanek, Herzeg Novi - przyjemna mieścina, choć z pewnością narażona na podobną turystozę i spiekotę w lato, jak Kotor. My za to moglismy poruszać się swobodnie i to lubię w zimowych rejsach: brak tłumów. Zwiedziliśmy prawosławny klasztor i smętarz, gdzie 1/4 pochowanych zamiast krzyży miała gwiazdy (systemowi jugosłowiańscy ateiści), niektórzy mieli też statki albo samoloty. Uzupełniliśmy zapasy lokalnych frykasów oraz rakiji 🍶 i ruszyliśmy do Baru.
Ale nie takiego baru, jak pewnie myślicie po ilosci alkoholu lejącego się z tej relacji, tylko do miasta Bar.
Aha... No i nie do TEGO Baru - twierdzy na Ukrainie, co to w Sienkiewiczu... tylko do czarnogórskiego - naszego ostatniego przystanku w tym kraju, gdzie o mało nie adoptował nas pies 🐶, ale o tym w kolejnym odcinku, bo się rozpisałem!
PS. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy fantastyczny zachód słońca przy kolejnym schronie dla jugosłowiańskich łodzi podwodnych - fajnie zachowanym, była możliwość przejścia w pionie pewnie z 50m po starej metalowej drabince do strażnicy z XIXw na górze, choć wybraliśmy bezpieczniejszą drogę naokoło, a także przepłynęliśmy obok wysepki Mamula, gdzie na miejscu włoskiego mikro obozu koncentracyjnego (więzienie z torturami, głodzeniem i takie rzeczy), zagraniczny inwestor zbudował mocno kontrowersyjny, a w zasadzie skandaliczny, luksusowy hotel, gdzie zapłacisz 800eur za nocleg w lususowo urządzonych celach, gdzie wcześniej ginęli ludzie. Jak wyczytalismy, niektórzy goście jechali tam bez tej wiedzy historycznej, i dopiero na miejscu dowiadywali się, że śpią w swoistym Oświęcimiu...
C.d.n.