15/01/2021
O CZEKANIU
Podobno wystarczy dziewięćdziesiąt dni, by zmienić ludzką osobowość. Tyle trzeba, by skutecznie rzucić palenie, wyjść z toksycznej relacji, odnaleźć sens życia lub z wojownika uczynić niewolnika.
Niebawem minie rok odkąd zamknęli nas w domach. Pamiętam, że w marcu 2020 pisałam o byciu spokojnym, zanurzeniu się w miłości i oddychaniu, gdyż życie to oddech. Pisałam też o tym, że wirus to nic straszliwego - po prostu przypomina nam o rychłej śmierci. A wszystkich nas to wszak czeka... Potwierdzam te zeznania:) Nikt z nas - cywilów, bo może ludzie ze służb i lepiej poinformowali wiedzieli od razu, że koronawirus na zawsze odmieni świat - nie przypuszczał wtedy, że tyle to potrwa. Teraz problem jest zgoła inny.
Nikt nie wie, kiedy to się skończy.
Każdy trwa, czeka na jakiś znak, sygnał... Od kogo? Czy zmieni coś podanie do ogólnej wiadomości cyferek, że wystarczy już zachorowań, szczepień, innych antidotum i możemy przestać się bać? Czy jakikolwiek polityk weźmie na siebie odpowiedzialność za to, żeby rzec, iż nie musimy się już lękać? Lekarz, guru, przywódca religijny, naukowiec? Kto może mnie przekonać, że to już koniec pandemii i spokojnie można kontaktować się z ludzkością:)
Nikt tego nie może zrobić za nas. Nikt nie weźmie takiej odpowiedzialności. Bo takiej gwarancji po prostu nie ma.
Rozumiem, rzecz jasna, że ryzyko jest potężne, że ludzie umierają każdego dnia... Lecz czy życie samo w sobie nie jest ryzykiem?
Pamiętam, jakiś czas temu media informowały o wypadku autobusu o konstrukcji przegubowej. Pasażerowie części, która zwisała z wiaduktu byli mocno poturbowani. Ci zaś, którzy usiedli z przodu - nie ucierpieli. Do autobusu wsiedli w tym samym momencie, z tego samego przystanku i samodzielnie wybrali sobie miejsca... Co sprawiło, że ci z przodu mieli tzw. szczęście, a pozostali - pecha? Kto o tym zadecydował? Znane są ludzkości śmierci od pioruna, katastrofy lotnicze i ... tajemnicze choroby, które zabierają ludzi w ciągu niespełna kilku tygodni. Znane są też cudowne uzdrowienia i niesamowite szczęśliwe zakończenia, które nie miały prawa się wydarzyć. Są tylko trzy rodzaje spraw: moje, cudze i boskie. Jestem za tym, by zajmować się tylko tymi pierwszymi. Sprawy żniwiarza - koronki pozostawiłabym najwyższemu. Cudze - tym, do kogo one należą.
Na co my bowiem czekamy? Na cud?
Czego się boimy? Apokalipsy?
Bo to nie koronawirus w mojej opinii jest teraz najstraszniejszą marą lecz lęk, z którym zaczynamy już żyć za pan brat. I to mnie najbardziej zżyma: ludzie wokół mnie stali się tchórzami. A nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż człowiek podszyty lękiem. Tak funkcjonowali ludzie w obozach, systemach totalitarnych, tak żyją ludzie uwięzieni. Zdradzają, są agresywni, nieobliczalni, kłamią, kombinują, krzywdzą... Wszystko po to, by ochronić siebie (oraz swoją rodzinę, bliskich).
Rzecz w tym, że niewolnikiem człowiek staje się dobrowolnie. To my decydujemy, kiedy jesteśmy pokonani. Nikt, żaden agresor, oprawca, nawet ten niewidziany o numerze 19 czy innym (bo przecież jest absolutnie pewne, że covid będzie się mutował, a po nim przyjdą inne bakterie, ameby i żyjątka silniejsze od nas - ludzi...)
Czy to znaczy, że tak ma zostać? Czy tak ma wyglądać świat? Ależ tak. Należy się z tym pogodzić! TAK właśnie BĘDZIE WYGLĄDAŁ ŚWIAT PRZYSZŁOŚCI. Rzeczywistość zmienia się na naszych oczach nieodwracalnie. I nic już nie wróci do normy (to, co do tej pory za nią uważaliśmy)!
Nigdy już nie będzie tak, jak było. Jeszcze rok zamknięcia, rok życia w lęku, a staniemy się dobrowolnymi niewolnikami i nie trzeba będzie żadnych chipów, skanerów i innej aparatury, by nami zawiadywać. Pójdziemy jak owce na rzeź, byle tylko pojawił się lider, który pokaże, że się nie boi.
Jestem, byłam i zapewne będę za tym, by brać co los daje. Jestem też za tym, by odrzucić lęk. By starać się żyć normalnie. Mam w miarę dobrą sytuację: jest dach nad głową, w zamrażalniku mam trochę mieszanki wojennej i pierogi z grzybami, w piwnicy zapas mleka i wody mineralnej (w razie wybuchu starczy na 3 dni:)... Co z ludźmi, którzy żyli dotąd z dnia na dzień, dla których każdy dzień takiego przestoju oznacza frustrację i narastający lęk nie tylko egzystencjalny? Widzę takich ludzi czasem, kiedy wyłażę z mojej nory i idę z psem. W ich oczach czai się gniew. Czuję ich niemoc, narastający wewnętrzny bunt i rozumiem ich. Tylko czekam, aż zaczną wybuchać pierwsze gejzery. Bo zaczną. Myślę, że rządzący doskonale zdają sobie z tego sprawę i to dlatego częstują nas kolejnymi dawkami strachu. Nie znam się na polityce, nie będę się wtrącać.
Natomiast widzę wokół zachowania krańcowe.
Moja koleżanka wybyła na kraniec świata (do kraju 3świata, gdzie koronawirus nie ściele żniwa, o ironio!), inny mój znajomy - wybitny artysta - zamknął się w domu i nie wychodzi od marca. Mówi, że gdyby teraz wyszedł, rozpadłby się na kawałki. Maluje same czarne obrazy i uprawia wirtualne romanse (seks też za pomocą ekraników, emotek i chusteczek higienicznych). Posiadam też znajomych biznesmenów, którzy nie mieli takiego żniwa od lat, a sprzedają nie tylko maski i płyny dezynfekujące. Są jednak świetni w braniu zapomóg od państwa i planują egzotyczne wakacje, jak tylko świat włączy lotniska (pojechaliby już dziś, ale nie wypada)! Inny znajomy (samozatrudnienie, człowiek kreatywny lecz uczciwy) wziął forsę od ojczyzny, rozdał dobytek i jeździ kamperem z żoną i dziećmi po wybrzeżu. Jego firma właściwie nie istnieje, aż boję się myśleć, co będzie jak wrócą i trzeba będzie zapłacić podatki i "zusy". Kiedy przyglądam się niektórym, co wyprawiają, przypomina to przygotowania do samobójstwa (rozdawanie rzeczy, ucieczka w nieznane, listy pożegnalne, prośby o wybaczenie win, zakochiwanie się bez pamięci w osobach, których się nigdy nie widziało itd. )
Ja sama, choć myślałam, że jestem odporna, bo wszak mam moją ukochaną pracę, w której mogę się zanurzyć i odetchnąć, dostaję już świra od tych filmów i książek. Skrolowanie zdjęć w mediach społecznościowych nudzi mnie, bo tematy są wciąż te same (od wkurwu na rzeczywistość po depresję, co także jest symptomem krańcowości:) i wcale nie mam ochoty niczego u siebie zamieszczać. Skoro świat się kończy, to i tak nie ma sensu.
Na warszawskiej starówce popołudniami za to milion osób. Wszyscy przepisowo zamaskowani lecz ocierają się o siebie i udają, że trzymają dystans.
Pytam się po co?
Czy nie lepiej umrzeć, niż żyć w świecie, który nakazuje nie kontaktowanie się z innymi. Po co, skoro nie mogę pracować w spokoju, spotkania muszę odbywać za pośrednictwem komunikatorów, a filmy oglądać w domu (rzecz jasna w piżamie)? Ile mam jeszcze czekać i na co? Kto da sygnał, że świat jest bezpieczny? Czy za kolejny rok, kiedy wszystkich ogarnie już zbiorowa depresja, ktokolwiek będzie miał ochotę czytać jakieś książki? Ilu ludzi będzie miało siłę za rok po pracy zdalnej (i tak dalej) do tego, by z werwą być przedsiębiorczym, aktywnym...
Jesteśmy w przededniu końca świata. Ale sprawa się jeszcze waży. To my decydujemy, czy na ten koniec się zgadzamy. To ja zadecydowałam, że nigdzie nie wyjdę, że rezygnuję z aktywności, że zamknę się w domu i popadnę w marazm. Nikt mi nie tego nie nakazał... Mogę też zdecydować, jak inni moi znajomi, że uprawiam koronawirusową partyzantkę i jadę na Podlasie jeść babkę ziemniaczaną i obserwować żubry! Mogę robić cokolwiek, byle odzyskać radość, cieszyć się, że żyję i do cholery zaprzestać czekania!!! Dinozaury były ponoć stworzeniami niemal idealnymi, wielki, silnymi i arcyinteligentnymi. Wyginęły.
Człowiek jest jednostką społeczną. Jesteśmy całością z innymi. Wymieniamy się energią i czerpiemy od siebie, czy tego chcemy, czy nie. Nawet jeśli deklaruję, że jestem samotnikiem, sama decyduję o tym, kiedy wychodzę z mojej kryjówki. Potrzebuję energii - otrzymuję, nie chcę czerpać od innych - chowam się. Ale to drzewiej był mój wybór. Teraz wszyscy zostaliśmy odłączeni od ładowarek. I jeśli tak pozostanie - to będzie tylko kwestia czasu, bo system zacznie padać.
Najpierw siądzie nam psychika, dopiero potem przyjdzie głód, nędza i agresja. To będzie ostatni etap apokalipsy. Dopiero wtedy zobaczycie ogień i zgliszcza.
Jak zwykle przetrwają najsilniejsi. Ci, którzy nie tyle nie boją się mikrobów co NIE LĘKAJĄ SIĘ. Tak po prostu. Nie boją się żyć ani umrzeć.
Zamierzam dołączyć do tego właśnie grona. Choćby miało się to skończyć jakkolwiek. A gdyby przyszła depresja polecam zamiast oczekiwania na Godota w koronce:) powiedzieć krótkie dwa słowa, które pomocne są w przeganianiu demonów: "pi****yć to!"
Radości. Bliskości. Miłości. Dobroci. Oraz ludzi wokół!
Tego Państwu dziś życzę.
Katarzyna Bonda
11.01.2021
bluza designed by Marysia Sadowska